Książki

Dzieci kończą naukę o północy

Z Iwoną Chmielewską, jedną z najbardziej uznanych na świecie polskich ilustratorek i autorek książek obrazkowych rozmawiamy o literaturze dla małego odbiorcy, Korei i koreańskim modelu rodziny i wychowania.

fot. Materiały prasowe Międzynarodowych Targów Poznańskich/FOTOBUENO

Iwona Chmielewska na co dzień mieszka i pracuje w Toruniu. Ale jej książki znane są dzieciom na całym świecie: w Niemczech, w Meksyku, a przede wszystkim w Korei Południowej, gdzie opublikowała kilkanaście tytułów. W Polsce w zeszłym roku ukazał się jej „Pamiętnik Blumki" (wydawnictwo Media Rodzina), wiosną tego roku pojawi się „Kłopot" (wydawnictwo Wytwórnia). W zeszłym roku zdobyła „ilustratorskiego Oscara", czyli Bologna Ragazzi Award, w kategorii non fiction za książkę „Maum".

Sebastian Frąckiewicz: Jak to się stało, że udało się Pani nawiązać kontakt z koreańskimi wydawcami. Ile autorskich książek opublikowała Pani w Azji do tej pory?
Iwona Chmielewska: Na razie siedemnaście, teraz skończyłam osiemnastą i pracuję nad kolejną. W trzech z nich  tekst nie jest mojego autorstwa - zrobiłam w nich tylko ilustracje. Koreańska przygoda zaczęła się w Bolonii, gdzie pojechałam na targi książki dla dzieci i młodzieży w 2003 roku, kiedy Polska była tam honorowym gościem. Poznałam wtedy Jiwone Lee, wówczas początkującą agentkę literacką, która do dziś zajmuje się moimi książkami. Jiwone jest historyczką sztuki i znawczynią historii polskiej ilustracji, nawet napisała o niej doktorat i to po polsku. Jiwone zabrała moje prace do Korei i pokazała je tamtejszym wydawcom.

Czy w Korei jest zainteresowanie polską  kulturą?

Koreańczycy są w ogóle bardzo ciekawi świata odmiennego od ich kultury, mimo że do swojej tradycji mają stosunek niemalże nabożny. Szukają też alternatywy dla wszechobecnej tam mody amerykańskiej. W tradycję tego narodu wpisane jest nieustanne samodoskonalenie i edukacja.  Nauka i sztuka to są dwie społeczne wartości wyjątkowo przez Koreańczyków cenione.

To ciekawe, bo w Polsce Korea Południowa kojarzy się głównie z producentami pralek i samochodów

Tak, to pobieżne skojarzenie wynikające z ekspansji koreańskiego biznesu - my w ogóle nie bardzo odróżniamy dalekowschodnie kultury, tak przecież różne. Mamy stereotypowe widzenie Chin, Japonii czy Korei. Koreańczycy zarówno uczą się jak i pracują w inny, bardziej dogłębny niż my tu w Europie sposób. O wiele bardziej wydajnie, jakby mieli inny genotyp. Pracują ciężko od rana do wieczora, a co ciekawe jednocześnie Korea Południowa jest w absolutnym światowym topie jeśli chodzi o ilość wydawanych rocznie książek obrazkowych. Koreańczycy są zdania, że dzięki tym książkom młode pokolenie ma szansę uczyć się kreatywnego myślenia, tak potrzebnego w osiąganiu sukcesów.

Ilustracja z "Pamiętnika Blumki" (Media Rodzina 2011)

Skoro pracują od rana do wieczora, to kiedy mają czas na wychowywanie dzieci i czytanie z nimi tych książek?
Nieoczekiwanie mają, bowiem pojawienie się dziecka nierzadko wiąże się z tym, że matka musi wyłączyć się ze swojej pracy zawodowej.  W Korei Południowej wychowywanie dziecka wiąże się z zapewnieniem mu kosztownej, prywatnej edukacji pozaszkolnej, czyli wożeniem go na rozmaite warsztaty, zajęcia w instytucjach edukacyjnych, których jest mnóstwo i gdzie też prowadzi się lekcje kreatywności. Kiedy pojechałam do Korei Południowej przeżyłam szok gdy dowiedziałam się, że koreańskie starsze dzieci po powrocie ze szkoły jedzą obiad, a następnie biegną do instytucji edukacyjnych, gdzie uczą się tego samego co w szkole, tylko bardziej szczegółowo. Wracają do domu ok 24.00. O tej porze w Seulu są duże korki z powodu tych powrotów.

To dość przerażające.

Widziałam to na własne oczy. Podczas przedłużającej się do północy kolacji w domu mojego wydawcy, wrócił ze szkoły jego trzynastoletni syn. Zjadł coś z nami a potem usiadł jeszcze do lekcji, żeby o świcie wstać znów do szkoły Dzieci mają w szkole średniej ciężkie egzaminy, dzięki którym dostają się na najlepsze uczelnie. Ale na studiach już jest luz.  Dla nas jest to przerażające ale i w Korei coraz częściej dyskutuje się o tych zmaltretowanych nauką dzieciach i niektórzy rodzice już wycofują się z tego wyścigu. Tradycja konfucjańska jednak głęboko tkwi u postaw tego społeczeństwa i ciężka praca jest wymagana nawet od najmłodszych. Ciemniejszą stroną koreańskiej szkoły jest szokujący dla nas Europejczyków fakt, że jest tam ciągle przyzwolenie na kary cielesne wymierzane przez nauczycieli przy aprobacie rodziców. Choć mam nadzieje, że nie wszystkich i nie wszędzie. Ale to zjawisko istnieje.Z drugiej strony niesamowite jest zaangażowanie rodziców np. to, że na promocje książek przychodzą tłumy matek, nawet z maleńkimi dziećmi na plecach. W Korei Południowej istnieje od lat bardzo silne lobby matek, które w pewnym momencie włączyło się w promowanie  ambitnej książki obrazkowej wymuszając niejako na wydawcach wysoki poziom. Książka wprowadzona została do mediów, do dyskursu publicznego. Jeszcze 30 lat temu Korea Południowa była bardzo biednym krajem i np. moja agentka, która urodziła się w latach 70-tych nie miała w dzieciństwie tak pięknie ilustrowanych książek jakie w tym czasie miały dzieci polskie. To był czas rozkwitu i światowej sławy polskich ilustratorów tj. Stannego, Siemiaszko, Wilkonia, Tomaszewskiego. Do tej pory Jiwone kupuje na Allegro do muzeum książki dziecięcej w Paju Book City pod Seulem polskie książki z tamtych lat, które zachwycają Koreańczyków. Natomiast samo Paju Book City to jest niesamowity fenomen, od zera zbudowane miasto, poświęcone książkom.

Ilustracja z niewydanej w Polsce książki "Bium".

Brzmi to jak wizja z jakiejś utopii.
Dla Polaków to całkowita utopia , ale idea tego miasta pokazuje stosunek Koreańczyków do kultury. Paju Book City znajduje się 30 kilometrów od Seulu, niedaleko granicy z Koreą Północną. Rząd Korei na warunkach preferencyjnych udostępnił ziemię, żeby powstało miasto książek - dosłownie. Miasto hucznie otwarto 10 lat temu, znajdują się tam siedziby wydawnictw, muzea, księgarnie, drukarnie, hurtownie. Wszystko to w budynkach zaprojektowane przez najlepszych architektów.

Ale miasto musi żyć swoim życiem, jeśli to jest tylko miejsce pracy, to wieczorem chyba pustoszeje.
Wieczorami Paju pustoszeje,  ale w dzień oferta muzealnicza i edukacyjna przyciąga ludzi z Seulu. Odbywa się tam mnóstwo imprez, festiwali książki. Kiedy zobaczyłam Paju Book City byłam pod ogromnym wrażeniem tego założenia. Zwykle też jeżdżę tam do wydawnictw na spotkania redakcyjne.

Ale czy nie jest to swego rodzaju getto kulturalne? Te książki są tam wyabstrahowane od codziennego życia. Chyba dobrze jest, jeśli literatura żyje między ludźmi, a nie w specjalnej strefie?
Zgoda, ale z drugiej strony przyjemnie jest udać się do takiej enklawy, jeśli ktoś ma potrzebę obcowania z książką w zupełnie niesamowitym, wyjątkowym miejscu, gdzie książki jednoczą ludzi. Chociaż pracownicy wydawnictw zaczynają już trochę narzekać na odległość od Seulu. Byli też świadkami ataku rakietowego na jedną z wysp - Korea Północna jest tuż tuż...

Następna strona >>

Oglądany: 21708
Najczęściej ogladane

 
Nauka i zabawa
Zwierzęta świata


Kolorowa farma


Wycieczka do zoo