Sztuka i design

Moja córka jest pierwszym recenzentem

Rozmawiamy z Tomaszem Samojlikiem, dr. nauk biologicznych, pracownikiem Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży oraz jednym z najlepszych autorów komiksów dla dzieci w Polsce.

                      na zdjęciu Tomasz Samojlik podczas konferencji naukowej, fot. Sebastian Szybka

Sebastian Frąckiewicz: Czym zajmuje się Pan na co dzień w Instytucie Biologii Ssaków? Czy ma to wiele wspólnego z pana twórczością komiksową?

Tomasz Samojlik: Na co dzień zajmuję się badaniem historii przyrodniczej Puszczy Białowieskiej, a więc historii przemian jednego z najcenniejszych lasów Europy, ze szczególnym uwzględnieniem roli człowieka w tych przemianach. Moja praca ma więc niewiele wspólnego z twórczością komiksową, chociaż z drugiej strony - wiedzę, którą zdobywam podczas badań, jak również informacje przekazywane mi przez kolegów z Instytutu staram się wykorzystywać w moich komiksach.

Jak to się stało, że poważny naukowiec zajął się tworzeniem komiksów dla dzieci?

Moim pierwszym wymarzonym zawodem był twórca komiksów, podobno pierwsze komiksy rysowałem już w przedszkolu (nie zachowały się niestety...). Kiedy studiowałem europeistykę na UMCS w Lublinie, robiłem komiksowe ziny, które rozprowadzałem wśród znajomych za symboliczną złotówkę lub jeszcze bardziej symboliczny uścisk dłoni. Pod koniec studiów udało mi się stworzyć pierwszą profesjonalną publikację, pt. „Wiedźmun. Dwie wieże fundusze emerytalnego". Potem nastąpiła długa przerwa, aż komiks, tym razem dla dzieci, trafił do obszaru moich zainteresowań już ze względu na moje własne dzieci.

Skończył Pan europeistykę, ale na stronie Instytutu Biologii Ssaków widnieje informacja o tym, że ma Pan doktorat z nauk biologicznych...
Od początku byłem interdyscyplinarny. Trafiłem do Instytutu zaraz po studiach jako koordynator projektów Unii Europejskiej. Z czasem zacząłem wykorzystywać swoje wykształcenie do badań nad historią przyrodniczą Puszczy Białowieskiej - badań łączących podejście historyczne, archeologiczne i przyrodnicze, musiałem więc nadrobić sporo zaległości z nauk przyrodniczych. W końcu udało mi się obronić rozprawę doktorską poświęconą temu tematowi na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziś kontynuuję swoje badania jako adiunkt w Instytucie. Jednocześnie po pracy staram się tworzyć rzeczy popularyzujące naukę wśród najmłodszych. Jeśli chodzi o tę twórczość, to właściwie zaczęło się od książek ilustrowanych.

Dlaczego postanowił je pan tworzyć?
Bo byłem niezadowolony z tego, co widziałem w księgarniach. Moje dzieciaki ( jak większość dzieciaków zresztą) uwielbiają historie o zwierzętach, ale w księgarniach nie mogłem znaleźć nic, co w ramach bajkowej konwencji dawałoby dzieciom jakąś wiedzę o przyrodzie. Wiadomo, że w bajkach zwierzęta rozmawiają, chodzą na dwóch łapach, ale dlaczego wilk zawsze musi być zły? Dlaczego autorzy pokazują gatunki w środowisku, w którym one nigdy nie występują? Pomyślałem, że może warto stworzyć ciekawe historie o zwierzętach, które miałby dobrze napisaną fabułę, a jednocześnie „przemycałyby" rzetelne informacje o zjawiskach  przyrodniczych. Tak powstała seria czterech książek o żuberku Pompiku, wydanych przez Wydawnictwo Aksjomat z Krakowa, tak powstał „Wilk Ambaras" (WWF Polska), tak wreszcie powstała książeczka „Nauczę cię pływać, moja wyderko" (wydana przez Urząd Miasta Hajnówka).

A w jakich okolicznościach przerzucił się Pan z żubrów, wilków i wyderek na ryjówki?
Kiedy zacząłem publikować książki dla dzieci, dostawałem sporo zaproszeń do szkół i bibliotek na spotkania autorskie. Dopóki przychodziły mniejsze dzieci, w wieku 6-10 lat, radziłem sobie doskonale, ale kiedy stanąłem twarzą w twarz z grupą gimnazjalistów i próbowałem ich zainteresować Pompikiem, było ciężko. Brakowało mi czegoś dla czytelników w tym wieku. Pomyślałem więc o komiksie, choć wcześniej nie sądziłem, że wrócę do rysowania obszernych albumów komiksowych. A jednak się odważyłem i najpierw zrobiłem „Ostatniego Żubra", historię opowiadającą o wyginięciu żubrów w Puszczy Białowieskiej tuż po I wojnie światowej. Później był niewielki komiks „Żubr Żorż" o nieco uczłowieczonym żubrze komentującym kwestie takie jak niska zmienność genetyczna współczesnych żubrów (Żorż szuka wąskiego gardła genetycznego zaglądając sobie z pomocą lusterka do pyska). Dopiero później zrobiłem „Ryjówkę przeznaczenia".

                                                          Ilustracja z "Żubra Pompika"

Czy „Ryjówka" powstaje w ramach pańskich obowiązków zawodowych w Instytucie?
Ależ nie, absolutnie nie, tworzę komiksy po godzinach, wieczorami, najczęściej kosztem snu. „Ryjówka przeznaczenia" powstawała przez rok.

Jak na tak długi album komiksowy robiony po godzinach to bardzo dobry wynik. Wyszedł z tego niezły komiks edukacyjny. A dobre komiksy edukacyjne z ciekawą fabułą zdarzają się w Polsce bardzo rzadko.
Przy tworzeniu „Ryjówki Przeznaczenia" najważniejsza dla mnie była fabuła. Zresztą przy każdym komiksie i każdej książce dla dzieci najważniejsza jest fabuła. Gdyby liczyła się jedynie edukacja, a nie dobra historia, nie miałbym pewnie motywacji do rysowania. Dlatego najpierw obmyślam zarys fabuły, rozwój wypadków i wplatam w to wątki edukacyjne. Oczywiście staram się, by było ich możliwie dużo, ale nie na tyle, by psuły odbiór książki czy komiksu. Dbam też o poprawność merytoryczną - konsultuję swoje pomysły z kolegami z Instytutu, wybitnymi specjalistami-przyrodnikami. „Ryjówka" jest przede wszystkim komiksem dla dziesięcio-trzynastolatków i dlatego zdecydowałem się wykorzystać klimaty fantasy w stylu Tolkiena, które mogą się dzieciom w tym wieku spodobać. Ale pomimo tego, że moje ryjówki, rzęsorki i zębiełki biegają na dwóch nogach i przeżywają epickie przygody, ten świat pod względem biologicznych zachowań zwierząt jest bardzo prawdziwy. Ponadto podobnie jak autorzy filmów ze studia Pixar, lubię puszczać oko do rodziców. Gdyby przypadkiem sięgnęli po mój komiks, nie będą się nudzić.

Mówił Pan, że w konsultacjach nad częścią merytoryczną czuwają koledzy z pracy. A nad fabularną?
Wsparciem jest moja córka, Jagienka, która jest moim pierwszym konsultantem i recenzentem. Jak tylko wpadnę na jakiś pomysł, pytam ją „a chciałabyś przeczytać historię o...". I czasem jest od razu pozytywna reakcja, a czasem duże zdziwienie i wyraz dezaprobaty. Następnie, jeśli nadal upieram się przy pomyśle, pokazuję jej jakieś wstępne szkice i jeszcze raz konsultuję. Tak np. powstaje moja nowa książka dla dzieci o bartniku, który wbrew woli cara cały czas wykonuje swój zawód w Puszczy.

„Ryjówka Przeznaczenia" też tak powstawała?
Tak, naturalnie. Dzieci (bo jest jeszcze smyk Tymoteusz) towarzyszą mi na każdym etapie prac. Widzą szkice, projekty postaci, plansze. Praktycznie znają cały komiks przed jego wydaniem. I dla nich to jest właściwie minus, bo gdy „Ryjówka" trafiła do mnie z drukarni, dla córki nie było to wielkie wydarzenie, żadna niespodzianka, bo przecież widziała to już wszystko wcześniej. Komiks po prostu powędrował na półkę (ale spokojnie, później wrócił na stolik z lekturami).

                                                     Plansza z "Ryjówki przeznaczenia"

Powiedział Pan o historii bartnika, a jakie są Pańskie pozostałe plany?
Właśnie pracuję nad drugą częścią trzytomowego cyklu o ryjówce pt., „Norka zagłady". To oczywiście opowieść w tych samych klimatach, co „Ryjówka przeznaczenia", z kolejną sporą dawką  wiedzy przyrodniczej. Tym razem głównym anty-bohaterem będzie norka amerykańska, która jest w Polsce gatunkiem inwazyjnym i faktycznie stanowi zagrożenie dla całego szeregu naszych rodzimych gatunków zwierząt. Trzecia część cyklu będzie nosiła tytuł „Powrót Rzęsorka", ale zanim się do niej zabiorę, chciałbym skończyć wspomnianą książeczkę o bartniku i inną książkę pt. „Jak zostać superbohaterem, uratować świat i zdążyć na kolację".

Strasznie dużo tych planów jak na naukowca, który działalnością artystyczną zajmuje się jedynie po godzinach

Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej... W swoim notatniku mam rozrysowany cały „plan wydawniczy", nawet rysuję sobie już okładki komiksów i książek, które dopiero powstaną. Muszę mieć okładkę przed oczyma, bo to mnie motywuje do pracy.

Czy Hajnówka i Puszcza Białowieska to dobre miejsce do rysowania?
Doskonałe! Strasznie dobrze się tu czuje i ciężko mi wyobrazić siebie w wielkim mieście. Czas tu płynie zupełnie inaczej, jakbyśmy żyli w jakiejś bańce czasowej. Nie ma (zwykle, bo jednak zdarzają się wyjątki) pędu i pośpiechu dużego miasta. Dostrzegam to szczególnie wtedy, gdy wyjeżdżam w ramach swoich obowiązków służbowych do Poznania czy Warszawy.

                                                 Plansza z "Ostatniego żubra"

Pytam o tę Hajnówkę i Puszczę, bo większość Pana książek i komiksów dotyczy tego regionu. Nie myślał Pan, żeby się trochę od tego oderwać?
Na razie nie widzę powodów, bo Puszcza Białowieska to bardzo inspirujące miejsce, zarówno jeśli chodzi o badania naukowe, jak i działalność popularyzatorską. Podam Panu tylko jeden przykład, związany z badaniami. Od XIX wieku istnieje legenda o miejscu w centrum Puszczy Białowieskiej zwanym „Zamczysko" - według niej stał tu w średniowieczu zamek z białymi wieżami i to od niego miała się wziąć nazwa całej Puszczy. Kiedy wespół z archeologami przebadaliśmy to miejsce, okazało się, że zamku nigdy tam nie było. Za to tysiąc lat temu Zamczysko służyło Słowianom za cmentarzysko. Zresztą takich historii jest mnóstwo - odnaleźliśmy na przykład pozostałości dwóch dworów łowieckich polskich królów. A w innym miejscu, szukając altany łowieckiej, odnaleźliśmy cmentarzysko Gotów sprzed przynajmniej 1,5 tysiąca lat. Jeśli zaś chodzi o popularyzację wiedzy, to przecież aż się prosi, by przybliżyć najmłodszym prawdziwe życie tych wszystkich niesamowitych zwierząt zamieszkujących Puszczę. Udało mi się z żubrami, ryjówkami, wilkami i wydrami, ale przecież jest jeszcze tyle nie mniej niezwykłych gatunków... Zatem, jak Pan widzi trudno się Puszczą nie inspirować.

rozmawiał: Sebastian Frąckiewicz

 

Oglądany: 9822
Najczęściej ogladane

 
Nauka i zabawa
Zwierzęta świata


Kolorowa farma


Wycieczka do zoo